Wywiad - Lewczuk Sławomir powrót

Metafora ulicy, czyli o „bezkarnym” podglądaniu życia słów kilka...

Monika Filipiak: Przygotowując się do naszej rozmowy, wzięłam do ręki katalog prezentujący Pana prace i pokazałam go swoim znajomym. Z zaciekawieniem słuchałam ich opinii, ciekawych interpretacji i „nadinterpretacji”, jednak jedno zdanie szczególnie utkwiło mi pamięci: „Ten artysta to musi być bardzo smutny człowiek”...

Sławomir Lewczuk: A ja odpowiem przekornie.... ma Pani bardzo smutnych znajomych. Każdy dostrzega w obrazach to, co chce widzieć. Daleko mi do załamywania rąk nad rzeczywistością, w którą zostałem wrzucony. Staram się być realistą i pewnie dlatego wielu nie chce oglądać moich prac. Nigdy nie byłem malarzem pejzażowym. Nie słucham tych, którzy z życzliwością mówią mi: namaluj to czy tamto, a na pewno będzie wielu zainteresowanych twoimi pracami. Moje obrazy są dalekie od melancholijnych uniesień, sielskiej kreacji i fizycznej łagodności. Taki podjąłem wybór, już lata temu i mimo panującej, co chwile innej modzie, zawsze maluję jednakowo. Chce mówić swoje – swoim językiem. Podobnie, gdy powiedziałem sobie i rodzinie, że nie chcę telefonu komórkowego, to również mój wybór, gdyż bardzo nie lubię ograniczeń i obowiązków, które wiążą się z posiadaniem takiego urządzenia. 
Moja dobra znajoma powiedziała mi kiedyś, że nawet gdyby poprosiła mnie, abym namalował jej piękny wazon z bukietem kwiatów, zrobiłbym to tak, że na pewno nie powiesiłaby sobie tego obrazu w pokoju. Myślę, że zna mnie aż za dobrze (uśmiech).

M.F.: Domyślam się, iż malowany bukiet kwiatów przerodziłby się nagle w bukiet masek, anonimowych i pozbawionych tożsamości jakiś ludzi, wbitych w wazon egzystencji...

S.Ł.: Każdy z nas przybiera maski, chcąc odnaleźć się w tej czy innej sytuacji. Często zakłada na siebie maskę taką samą, jak tłum, w którym akurat się znajduje. Nie ma sensu wykładać tu tej teorii, gdyż dużo lepiej ode mnie uczynił to już kiedyś Gombrowicz. Ja staram się tylko spostrzegać, interpretować i diagnozować sytuacje, których jestem świadkiem. Podglądam świat i życie, a później siadam i maluję. Wiem jednak, że są sytuacje, których nie można przełożyć na język wizualny. Dlatego też tak często pojawiające się w moich pracach cykle. Lubię polemizować sam ze sobą, zmieniać i dodawać, gdyż nie wszystko, co nas otacza jest takie jednoznaczne. Czasami przecież pojawiają się inne okoliczności i coś, co wydawało nam się oczywiste zaczyna zmieniać swoją postać. Jak mówią niektórzy, powstają wtedy literackie narracje – opowiadania, które zaczynają żyć swoim własnym życiem.

M.F.: Czy w tych opowiadaniach ważny jest człowiek? Jest przecież bohaterem każdego obrazu... 

S.Ł.: Uważam, że człowiek jest jedynie środkiem do przekazania czegoś więcej, a nie celem samym w sobie. Poza tym znajduje się on w ciągłym ruchu, przez co nie ma wpływu na swoją rzeczywistość. Dlatego też często twarze postaci, które przedstawiam, są zniekształcane lub zastępowane innymi atrybutami, niemal uprzedmiotowione i zmechanizowane. Odwoływanie się do znanych powszechnie twarzy rozumiem jako unikanie. Poza tym to stwarza pewne ryzyko, taka osoba staje się dla artysty podpórką, a praca wyjętą spoza krytyki odbiorcy. Ja nie chce uciekać przez krytycznymi słowami. 
Już wcześniej użyłem pojęcia „podglądanie” i jest to najlepsze określenie tego, co robię. Staję w oknie mojego krakowskiego mieszkania, wychodzę przed kamienicę i natrętnie podglądam, szukając inspiracji do swojej pracy. Wydaje się jednak, że podglądam ludzi, ja na to patrzę inaczej. Podglądam nie konkretne osoby, nie interesuje mnie Pan X, ani Pani Z. Interesują mnie życie i zachodzące zjawiska. Z tego buduję pewne uogólnienia. A od uogólnień do obrazu już niedaleka droga...

M.F.: Zatem Pana malarstwo można nazwać okrutnym stawianiem diagnoz i publicystyką nie znoszącą kompromisu. Jest to skomplikowany zapis nas samych, naszych zachowań i działań, w których każdego dnia uczestniczymy...

S.Ł.: Nie wszyscy lubią, gdy obnażane są ich zachowania i wytykane błędy, czasem śmieszne, a czasem tragiczne, trudno to ocenić. Jak chociażby obraz, w którym staram się pokazać pewien schemat zachowań przy próbie załatwiania różnych spraw. To, że jedna osoba drugiej – powiem wprost – wchodzi do d..y jest bardzo realistyczne. Nie ma wśród nas osoby, która nie byłaby choć raz świadkiem takiego zjawiska. To jest życie – ciężkie i brutalne, w którym trudno znaleźć jakąś oazę wytchnienia i spokoju. Ja tylko przekładam to na język wizualny, w czym, mam świadomość, idealnym nie jestem.

M.F.: Czy przyroda, obcowanie z naturą może przynieść człowiekowi odpoczynek?

S.Ł.:
 Człowiek bardzo dobrze radzi sobie z przyrodą, próbuje powoli zapanować nad jej wybrykami, jednak jednej rzeczy niestety ciągle nie robi – nie przewiduje jej skutków. W zmechanizowanym świecie powoli nie ma miejsca na niedotkniętą ręką człowieka, czystą naturę. Tu przedmiotowość i konsumpcjonizm wygrały nad łagodnością i pięknem przyrody. Wszędzie, można zaobserwować ludzką ingerencję, której rezultat jest opłakany. Tak np. powstał jeden z obrazów „Rozstrzelanie drzew”, kiedy przejęty bezwzględnym „szpeceniem” drzew postanowiłem dać tego artystyczny wyraz. A przecież drzewo samo w sobie to szczyt doskonałości biologicznej i konstrukcyjnej, czego niestety nie chcemy dostrzegać. 

M.F.: Z naszej rozmowy wyłania się następująca myśl... życie współczesnego człowieka to dramat, który na Pana obrazach staje się dużo bardziej wymowny, czytelny i wyrazisty. Dzięki takim obrazom, mamy możliwość przystanięcia i zastanowienia się, czy chcemy nadal współtworzyć ten tandetny, uprzedmiotowiony świat.

S.Ł.: Nie chcę nikogo zmuszać do przemyśleń, daje odbiorcom obraz, a oni tworzą jego dalszą historię. Maluję nie ludzi, lecz ludzkie postaci, mocną stanowczą kreską, bez aluzji czy niedomówień. Jeśli sylwetki te mają wzruszyć to wzruszą, jeśli zszokować i przestraszyć, to również zmierzam do tego, aby właśnie tak się stało. Obraz musi przemawiać, nie krzyczeć, jak to jest dziś modne, ale zdecydowanie wyrażać swoje „ja”. 
Powracające ciągle głowy, ręce czy uszy, dają wyraz niezmienności pewnych zjawisk, które to najbardziej mnie interesują. Inspirując się za każdym razem tym samym, być może jestem nudny i taki z uporem już pozostanę opisując tragikomiczny świat, w którym przyszło mi uczestniczyć.

M.F.: 
Dziękuję serdecznie za rozmowę.
 
powrót